„Czy powinnam pójść na japonistykę?”

Początek nowego roku to jeden z tych momentów, kiedy zaczynam dostawać dużo wiadomości z pytaniami o rady, zwłaszcza o wybór kierunku studiów

„Czy powinnam iść na japonistykę?”, „Gdzie znaleźć po japonistyce pracę?”, „Czy powinnam wyjechać do Japonii na studia?”, „A może zamiast japonistyki lepiej zdobyć „konkretny” zawód?”, „Japonistyka czy sinologia?”, „Zdradzisz, jak dostałaś się na swoje studia?”… i tak dalej.

Nigdy nie wiem, co odpowiedzieć. Staram się nie ignorować wiadomości, które dostaję i napisać choćby kilka słów. Wiem, że po drugiej stronie czeka ktoś, kto potrzebuje pomocy… ale ja nie mogę jej dać. Dlaczego?

Krótka odpowiedź

Bo nie znam danej osoby. Nie wiem czy ma wsparcie swojej rodziny, czy jest gotowa na poświęcenie, jakim jest japonistyka, czy będzie w stanie się utrzymać na studiach, które nie dają zbytnio czasu na pracę i w ogóle cokolwiek innego, czy faktycznie się interesuje tym na tyle, żeby robić to przez naście godzin dziennie przez lata…

A poza tym – nie jestem psycholożką, pedagożką, nie mam żadnych kwalifikacji, żeby udzielać jakichkolwiek rad.

(Bardzo) długa odpowiedź, czyli tl;dr

To, że mi się udało robić coś związanego z Japonią, nie oznacza, że:

a) doszłam do tego tylko i wyłącznie swoją ciężką pracą

b) miałam wszystko od początku zaplanowane

c) wiedziałam (i wiem), co będę robić w przyszłości

Mój „sukces” (syndrom oszustki nadal nakazuje używać cudzysłowie) to wynik masy szczęścia, bycia w dobrym miejscu i w dobrym czasie… oraz, albo może przede wszystkim, uprzywilejowania.

Nie oznacza to, że nie pracowałam ciężko i że nadal tego nie robię. Ale od zawsze miałam dostęp do książek, do dobrej edukacji, miałam wsparcie moich rodziców – finansowe, moralne, emocjonalne – i mogłam sobie pozwolić na przykład na to, żeby spędzić studia na nauce, czytaniu książek i odkrywaniu siebie. Tak samo mogłam poświęcić dwa lata na pisanie książki, nie pracując w tym czasie na pełen etat. Albo wyjechać w półroczną podróż po skończeniu studiów, żeby potem pójść na Polską Szkołę Reportażu i spędzić rok głównie na czytaniu i pisaniu…

Tę ścieżkę – wiarę w to, że „chcieć, to móc” – wyznaczono dla mnie o wiele wiele wcześniej. To poczucie bezpieczeństwa, przekonanie, że „na książki zawsze warto wydawać pieniądze” (nigdy nie musiałam się martwić, że ich zabraknie!). Jako dziecko nie przejmowałam się niczym – nie zastanawiałam, skąd się biorą pieniądze, jak ogarniać dom. Miałam tylko jedno zadanie – dobrze się uczyć.

Wiecie, jaki to cholerny luksus?

Od małego czułam – wiedziałam całą sobą – że świat stoi przede mną otworem. Kiedy powiedziałam moim rodzicom, pół żartem pół serio, że może złożę papiery na Oksford, nie schowali głowy w dłoniach i nie zapłakali: „O Boże, ale za co?”. Tylko trzymali za mnie kciuki, przypominali o deadlinach i wysłali mnie na kilkutygodniowy kurs angielskiego do Anglii, żebym zobaczyła czy mi się tam w ogóle podoba i przy okazji podszlifowała język.

Kiedy wszyscy z mojej podstawówki szli do regionalnego gimnazjum, moi rodzice podwozili mnie do jednego z topowych gimnazjum w pobliskim wojewódzkim mieście. Gdy trzeba było wybrać liceum, wiedziałam, że celuję w to najlepsze, bo czemu miałabym iść gdzieś indziej. Nie zastanawiałam się nad tym, to wszystko wydawało mi się takie proste i oczywiste. Dziwili mnie raczej ludzie, którzy nie wierzyli w to, że mogą iść do najlepszego liceum w kraju (przez wiele lat było to jedno z liceów w Szczecinie). Kiedy ja rozmyślałam o wyjeździe do Anglii, dla ludzi wokół mnie wyzwaniem był już wyjazd do Warszawy.

I na tym właśnie polega uprzywilejowanie.

Sporo czasu zajęło mi uświadomienie sobie tego wszystkiego. Zrozumienie, że bardzo wiele rzeczy, które osiągnęłam, były możliwe tylko dlatego, że jestem osobą uprzywilejowaną. Kiedy zaczynam o tym rozmawiać, czuję konsternację. Bo tak bardzo chcemy wierzyć w ten mit ciężkiej pracy, która umożliwia wszystko, w tę historię „od pucybuta do milionera”. Różne badania pokazują jednak, że nasza wiara w merytokracje jest tylko… wiarą. Ale o tym innym razem.

Uprzywilejowanie to nie tylko pieniądze.

To poczucie bezpieczeństwa, kochająca rodzina, zdrowie, wolny czas. To umówienie się do prywatnego dentysty, kiedy boli cię ząb, podjechanie gdzieś taksówką, kiedy jest późno i nie chce się czekać na nocny autobus, to wejście do dobrej restauracji i bycie potraktowanym serio. To możliwość leniuchowania, podróże, wsparcie emocjonalne. Pójście na terapię, kiedy jest źle. To poczucie, że mogę zawsze zadzwonić do moich rodziców i że zawsze ten telefon odbiorą – choćby się walił świat.

Jakim prawem miałabym komukolwiek udzielać rad? Mówić: „jeśli mi wyszło, to czemu miałoby tobie nie wyjść?”, powtarzać, że „chcieć, to móc”, i „na pewno dasz sobie radę i wszystko się ułoży”…

Chciałabym, żeby osoby uprzywilejowane nauczyły się o tym uprzywilejowaniu mówić, żeby pogodziły się z tym, że nie są supermanami i superwomenkami tego świata. Że nie mamy wcale lepiej poukładane w głowie. Że nasz sukces nie jest tylko i wyłącznie wynikiem naszej ciężkiej pracy. Że jasne – ta ciężka praca jest ważna – ale niesamowicie pomaga w osiągnięciu sukcesu starowanie z wyższego poziomu.

Bycie osobą uprzywilejowaną nie oznacza też, że nie trzeba się niczym w życiu przejmować, że ma się nieskończoną górę pieniędzy i że wszystko w życiu przychodzi łatwo. To, że miałam relatywnie dobry punkt startu w życie, nie uchroniło mnie przed zaburzeniami odżywiania, załamaniem nerwowym, toksycznymi ludźmi, stresem, syndromem oszustki, poczuciem, że tak naprawdę to ja niczego nie potrafię. Nie oznacza to, że nie jestem dyskryminowana na innych polach – choć jestem świetnie wykształcona i mam poczucie bezpieczeństwa finansowego, doświadczam regularnie seksizmu czy szowinizmu. Przywilej ≠ poczucie szczęścia. Z wieloma rzeczami w życiu po prostu sobie nie radzę.

Ale uprzywilejowanie pozwoliło i pozwala mi na zrobienie sobie przerwy, kiedy czuję, że nie daję rady. Na pójście do specjalisty, kiedy sypie mi się zdrowie (fizyczne czy psychiczne). Na studiowanie tego, co mi w duszy grało. Na napisanie książki i myślenie o kolejnej (nawet jeśli na pisaniu książek się nie zarabia). Na założenie biznesu – włożenie w niego całych moich oszczędności, bo wiedziałam, że nawet jeśli to totalnie nie wyjdzie, to nie wyląduję na ulicy i że mój poziom życia nie ulegnie drastycznej zmianie.

Nie muszę harować po kilkanaście godzin dziennie, a jeśli tak robię, to tylko dlatego, że mogę pozwolić sobie na pracę, która jest jednocześnie moją pasją.

Japonistyka pomogła mi zdobyć wiedzę i realizować się w kierunku, który mnie kręci. Ale podejrzewam, że bez względu na to, gdzie i co bym studiowała, też byłoby mi o wiele łatwiej robić fajne rzeczy – nawet jeśli projekty, w które bym się angażowała, byłyby inne. Nadal nie musiałabym pracować na studiach, mogłabym dokształcać się – chodzić na kursy, dodatkowe wykłady, kupować książki, podróżować. A gdyby pośliznęła mi się w życiu noga, to zawsze mogłabym zapukać do drzwi mojego rodzinnego domu i powiedzieć, że potrzebuję pomocy.

Jakim prawem miałabym decydować za kogoś czy japonistyka jest dobrym wyborem i czy za 5-8 lat znajdzie po niej dobrą pracę?!

I tym samym dochodzę do najważniejszej myśli tego tekst: z uprzywilejowaniem przychodzi ogromna odpowiedzialność.

Mogłabym przecież napisać bloga o tym, jak rzucam całe swoje życie i wyjeżdżam w podróż dookoła świata. I pisać jeszcze poradnik o tym, jak sobie na to wszystko pozwolić, jak takie życie jest proste i możliwe dla każdego… a to wszystko byłoby totalną bzdurą, bo nikt nie wiedziałby, że mam wsparcie moich bliskich i że kiedy byłoby mi źle, to po prostu mogłabym kupić bilet, nie patrząc zbytnio na cenę, i wrócić. Wrócić do życia, w którym nie czekają na mnie żadne ogromne zobowiązania, chorzy bliscy, nad którymi muszę się opiekować, dzieci czy kredyt.

Mogłabym stworzyć taki piękny cykl – wydać ebooka? nakręcić filmiki? – i opowiadać o tym, jakie to prowadzenie swojego biznesu jest łatwe, no rzucajcie już tę pracę korpo, zakładajcie swoją księgarnię czy galerię czy sklep. To przecież takie fajne! Przyjemne! Proste! „Chcieć to móc”.

Tylko że ja – w przeciwieństwie do większości polskich przedsiębiorców i przedsiębiorczyń – w przypadku porażki miałabym naprawdę miękkie lądowanie.

Wkurzam się, kiedy widzę tę poradnikozę na polskich blogach – jak pracować mniej, jak być bardziej mindful, jak być zerowaste. Bo z taką łatwością mówić o tym mogą tylko osoby o ogromnym przywileju.

Nie, większość ludzi nie wstaje rano i nie zaczyna dnia od spokojnej jogi i kubka gorącej wody z cytryną, żeby pójść potem na długi spacer z psem i zasiąść przy kawie do lektury porannej prasy, po czym przygotować sobie leniwe śniadanie.

Jeśli Twoje życie tak wygląda – ekstra! Ale wmawianie innym, że codzienność każdej osoby powinna zbliżać się do takiego standardu i że jest to nie tyle wykonalne, co wręcz proste, jest co najmniej nadużyciem.

Podsumowując – nie ufajcie tym, którzy dają Wam rady. Nie słuchajcie celebrytek czy blogerek, które twierdzą, że możecie być tak jak oni/one, że doszły do tego tylko i wyłącznie swoją pracą (o wiele łatwiej jest się „realizować”, kiedy Twoimi dziećmi zajmują się opiekunki, dom sprząta ktoś inny, a posiłki przyjeżdżają już gotowe do domu). Jeśli ktoś twierdzi, że jest w pozycji, żeby udzielać ci rad, mimo że cię nie zna…

To po prostu kłamie.


Jeśli podoba Ci się to, co piszę, wesprzyj mnie. Więcej szczegółów tutaj. Z góry dzięki ♡

Comments 22

  1. baixiaotai 5 stycznia, 2020

    Bardzo się cieszę, że napisałaś ten tekst. Młodzi ludzie naprawdę w większości tego nie wiedzą. Warto pamiętać, że nie każde studia są tanie – i to mimo że w Polsce są bezpłatne. Niektóre wymagają ogromnego wkładu własnego, jeśli chce się być dobrym i naprawdę czegoś nauczyć. Warto wiedzieć nie tylko co nas kręci, ale i – na co nas stać. Emocjonalnie i finansowo. No i najważniejsze: warto wiedzieć, że nie każdy już w wieku 18-19 lat odkrywa swą pasję i to też jest ok.

  2. Małgosia 5 stycznia, 2020

    Mam dokładnie takie same przemyślenia à propos wszelakiego hygge, leniwych poranków i celebracji posiłków po tym jak cudnie gotuje się je z lampką wina w gronie zawsze roześmianych ludzi. Można to wszystko mieć ale jak się ma zaspokojone podstawowe potrzeby a nie żyje w ubóstwie. (Osobną kwestią jest nagonka na zawsze dobry humor i spędzanie czasu wśród pozytywnie zakręconych ludzi) Z punktu widzenia matki prawie dorosłego nastolatka mogę powiedzieć jeszcze jedno, dzieciakom wmawia się, że są wyjątkowe, mogą wszystko, że muszą mieć kreatywną pracę itd., i cała masa tych samych dzieciaków uważa się za „przegrywy” bo okazuje się że po szkole idą pracować w zupełnie zwykłe miejsca za niską płacę i ich życie nie wygląda jak z reklamy Coca coli… bo prawda jest taka, że spektakularne sukcesy osiąga garstka. Nie mówi się dzieciom, że sukces to też spokojne życie, wystarczająco dobrze płatna praca, hobby które daje radość. Że życie polega na tym, że wiele prac nie jest prestiżowych, że za wielkimi projektantami stoją szwaczki i producenci tkanin, rolnicy. A dzieciakom wmawia się, że tylko projektant coś znaczy. I mówie to z poziomu równie uprzywilejowanej czterdziestolatki, którą stać na to żeby jedna córka mogła jeździć konno, druga na łyżwach a syn trenował z trenerem…

    • Bogdan Rink 13 stycznia, 2020

      „Że życie polega na tym, że wiele prac nie jest prestiżowych, że za wielkimi projektantami stoją szwaczki i producenci tkanin, rolnicy.” No ale rolnik i szwaczka to chyba są prestiżowe zawody, nieprawda? Nie wiem, czy rolnicy i szwaczki dużo zarabiają, ale prestiż to oni chyba raczej mają, przynajmniej ja to tak widzę. Jeżeli chodzi o rolników, to przed wojną jeden z nich został nawet premierem…….! Wincenty Witos się nazywał, a biorąc pod uwagę jego ubiór , to można powiedzieć, że był on niezłym stylistą.

      • Hachul 15 stycznia, 2020

        Panie Bogdanie. Z całym szacunkiem dla rolników (nie przedsiębiorców którzy mają setki/ tysiące hekatrów) i szwaczek, bo mam jednych i drugich w rodzinie, ale wydaje mi się iż w społeczeństwie nie są postrzegane jako zawody prestiżowe, które są wykonywane w naszym kraju. Przed wojną były inne czasy, mieliśmy elity z krwi i kości. Oczywiście ktoś może napisać co oznacza prestiż, ale generalizując, te zawody ani nie przynoszą wielkich zarobków ani nie są w dzisiejszych czasach nie do zastąpienia. Większość ubrań pochodzi z zagranicy, jedzenie nasze rodzime jest smaczne ale nie kupujemy już od Pana Marka rolnika z podmiejskiej wsi a w sklepach/ marketach/ ryneczkach gdzie towar jest produkowany na masową skalę. Dzisiaj prestiż zawodu (oczywiście według mojej skromnej obserwacji) mogą mieć zawody ratujące życie tj. strażak/ lekarz lub zawody które poza sferą materialną przyniosły tym osobą pewnego rodzaju splendor tj. specjaliści w swoich dziedzinach.
        Co do artykułu, także zgadzam się z autorem. Staram się moim jeszcze młodym dzieciom tłumaczyć że świat pokazywany na szklanym ekranie, w gazetach to jest świat sztuczny wykreowany na potrzeby konsumpcji, co nie jest łatwe to są one bombardowane ze wszytkich stron jednym i tym samym przekazem. Jednocześnie staramy się z żoną pokazć w domu za przykładem, jak może wyglądać realny świat. Jest to mega trudne zadanie, wymagające konsekwencji, samozaparcia które nie zawsze nam wychodzi, wiele razy po fakcie wiem że mogłem zrobić coś inaczej. Więc głowa do góry, Polki i Polacy 🙂 carpe diem i nie żyjmy zyciem innych, znajomych na FB tylko pamiętajcie. Im więcej zdjęć ktoś wrzuca na FB z idealnych wakacji/ wyjść/ imprez itp tym bardziej potrzebuje akceptacji, podziwiania i wmawiania samemu sobie jaki jest z…sty. Życzę Wam pogodnego dnia i spełnienia celów tych namacalnych, małych codziennych dającym satsfakcję z życia bo mamy je tylko i aż jedno!

  3. Przedspacerempolesie 5 stycznia, 2020

    Doceniam odwagę, aby napisać prawdę. Oby więcej było w internecie tak racjonalnych głosów. Przy każdej takiej okazji warto też uświadamiać młodym ludziom, że powinni studiować kierunki, które wiadomo, że dadzą im pieniądze, aby w przyszłości mogli sami decydować o miejscu i kraju gdzie pracują oraz o podróżach. W czasach globalnych korporacji (niestety) oraz rozwijajacej sie nauki i technologii rowniez w Japonii nie zabraknie miejsca dla specjalistow. Warto, aby głos ten dotrał do mlodych ludzi zmagajacych sie z kluczowym wyborem w ich zyciu. Wszystko jest mozliwe przy odrobinie szczescia, ale czemu nie dac sobie jednej pewnej drogi dla wlasnego poczucia bezpieczenstwa. Czujac sie lekko i bezpiecznie a nie martwiac sie o kazdy miesiac mozna latwiej przeciez wzniesc sie na wyzyny swoich mozliwosci! 🙂

  4. Katheroine 5 stycznia, 2020

    Dziękuję Ci za ten tekst. Dobrze jest mieć świadomość, że ktoś przejawia tak dojrzałą postawę względem innych, że podejmuje próbę uświadamiania tak istotnych spraw, rozwikłuje tak ważne kwestie i wnikliwie zagłębia się w ten problem. Potrzebujemy takich ludzi i takich postaw.

  5. Marti 5 stycznia, 2020

    Nie znałam wcześniej Twojego bloga, wpadłam dzięki skośnymokiem i się zauroczyłam w Twoim pisaniu. Dziękuję Ci za ten tekst, dawno nie widziałam takiej prawdy na piśmie.

  6. Edward 5 stycznia, 2020

    Wow!!! mój komentarz:

    Jestem pierwszą osobą w mojej rodzinie, która z biednej rodziny chłopo-robotników, w małym miasteczku na dalekiej prowincji, z przemysłem, który od razu upadł po 1989, dostał się na studia na najsławniejszym polskim uniwersytecie w Krakowie. Dostałem akademik, stypendium, bezpłatne leczenie… I super dyplom. Na szczęście, jeszcze się załapałem. Moich rodziców kompletnie nie było stać mi pomóc… Państwo opiekuńcze mi pomogło. Pomogło nie tylko mi.

    Ale potem zapanował neoliberalizm… każdy jest kowalem swojego losu… Przez ileś tam lat, też w to wierzyłem…

    Dziękuję autorce bloga za tak wielką szczerość i samoświadomość. Dlatego będę zawsze wspierał państwo opiekuńcze i wysokie progresywne podatki bo:
    – dlaczego tylko dzieci bogatych mają mieć bezpieczeństwo finansowe?
    – dlaczego kraje z socjalem są dużo bardziej innowacyjne? = np. Szwecja?
    – dlaczego klasa średnia ma się bać, że jak straci pracę, to nie poradzi sobie ze spłatą hipoteki, opłaceniem prywatnego leczenia, edukacji dzieci i odkładania na emeryturę…???

    Przy okazji jestem socjologiem. Pasjonuję się ekonomią, psychologią poznawczą i behawioralną. Moje przemyślenia, lektury, rozmowy i doświadczenia mówią mi: jeszcze więcej państwa opiekuńczego podstawą lepszej jakości życia dla wszystkich. Także dla klasy średniej. O bogatych nie ma potrzeby się martwić. A jak się im noga powinie to nie damy ich dzieciom stracić dobrej edukacji, bezpłatnego leczenia, mieszkania i dostaną taką samą szansę jak każde inne dziecko.

    • mangov 12 stycznia, 2020

      Z całym szacunkiem, ale to wymarzone państwo opiekuńcze (i wiele innych) właśnie w 1989 roku z hukiem zbankrutowało, a w Polsce nigdy nie było neoliberalizmu tylko dyktatura cwaniaków, którym po tym bankructwie udało się miękko wylądować.

  7. Gaja 6 stycznia, 2020

    Chylę czoła, bo chyba pierwszy raz w życiu spotykam (mimo, że nie osobiście) osobę z tak dużą pokorą, dojrzałością i docenieniem tego finansowego luksusu, który zapewnili rodzice. Brawo za ten tekst!

  8. Magda 6 stycznia, 2020

    Zgadzam się z każdym Twoim słowem… Twój tekst jest świetny! Dodam tylko, że jakiś czas temu obejrzałam wywiad z jedną z „instacelebrytek – trenerek”. Powiedziała, że usunęła że swojego życia słowo „zmęczenie”… Domniemywam, że każdy z nas by tak chcial, ale nie każdy z nas ma sztab niań, sprzataczek i kucharek. I to nie jest kwestia, że ja komuś zazdroszczę. Tylko trzeba mówić prawdę. Nie każdy z nas startował z podobnego poziomu, nie każdy z nas miał pieniądze i wsparcie rodziców.

  9. Rolaka 6 stycznia, 2020

    Cudowny artykuł i naprawdę doceniam szczerość. W dzisiejszych czasach panuje straszna „moda” na ciężką pracę i sama wielokrotnie słyszałam, że czego ci młodzi oczekują, jeśli ciężko nie pracują (tak, wy w pocie czoła, krwi i łzach osiągnęliście cokolwiek, szczegół że państwo dało ci mieszkanie itd.). Na pewno trzeba pracować, też lenistwem nikt nic nie osiągnął, ale… dałam się wmanipulować, niestety, w ten mit. Poszłam na studia, bo nie wiedziałam, co chcę robić. Finanse i rachunkowość! Ba! Jaki prestiż, jaka będzie praca! Dupa. Nie dość, że praktycznie zmarnowałam 5 lat swojego życia, bo nie miałam i nadal nie mam dość odwagi, by coś zmienić (no i rynek pracy na lubelszczyźnie jest tragiczny) to jeszcze zrobiłam to wszystko z przekonaniem, że coś osiągnę. Pracowałam na początku naprawdę ciężko i nawet stypendium dostać mi się nie udało. 5 lat studiów, a praca za lekko ponad minimalną (i tak lepiej od znajomej, która harowała jak wół, a ma staż i za to musi jakoś wyżyć…)
    Sukces to zlepek różnych czynników i denerwuje mnie, jak ktoś kto ewidentnie korzysta z pieniędzy rodziców, mówi, że ciężka praca. Tak, moze i pracował ciężko, ale kurcze ja mieszkania nie dostałam od rodziców!
    Tak więc super artykuł, miło w końcu coś szczerego przeczytać!

  10. Martyna 7 stycznia, 2020

    To wszystko co napisałaś to prawda. W moim przypadku uprzywilejowanie i wszystkie jego plusy i minusy dostrzegłam wraz z rocznym wyjazdem do Indonezji.
    Ja pojechałam dla kaprysu, bo fajnie, bo zwiedzanie świta, bo mogę. Ale byli tam też ludzie, którzy przed czymś uciekali. Ledwo wiązali koniec z końcem, szukali męża czy żony aby nie wracać do kraju ogarniętego wojną, czy nawet siedzieli po prostu w wynajętym kosie bo nie było ich stać na zwiedzanie wysp.
    Codzienne życie w totalnie innym klimacie mocno otworzyło oczy jakie mam szczęście.
    Dobrze o tym nie zapominać.

  11. e. 7 stycznia, 2020

    Karolino,

    genialnie to ujęłaś! (nawiasem mówiąc i pisząc – jestem sinologiem 😉 Nic dodać, nic ująć!
    Ale zastanawia mnie jedna rzecz – kiedy nauczyłaś się zauważać swoje uprzywilejowanie i nazywać rzeczy po imieniu? Jednocześnie ciężko pracować na siebie i dla siebie, a przy tym rozumieć, że miałaś jednak trochę łatwiejszy start? Jestem na etapie, że finansowo, emocjonalnie (mam nadzieję..) i moralnie mogę wspierać swoje dzieci najbardziej, jak się da. Moje finanse nie są studnią bez dna, ale będę w stanie zapłacić im za studia w Wielkiej Brytanii, jeśli tak zdecydują. Są jeszcze małe i tego nie wiedzą i ni widzą, ja też nie chcę budować w nich ani uczucia „lepszości” ani też winy, że tyle mają, a ich koledzy z przedszkola nie. Ale chciałabym bardzo, żeby kiedyś to zauważyły i zrozumiały…
    Pozdrawiam, e.

  12. Karolina 12 stycznia, 2020

    Bardzo mądry i ciekawy tekst. Przypadkowo Cię znalazłam. Kiedy kończyłam studia, wierzyłam z jakiegoś powodu, że wszystko jest proste – tak jak u uprzywilejowanych. Naoglądałam się filmów na youtube o wegańskich foodbookach, naczytałam Beaty Pawlikowskiej o podążaniu za sobą i byłam przekonana, że to wszystko mogę wdrożyć w swoim życiu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że nie da się pracować sześć dni w tygodniu, robić sobie pięciu ekologicznych posiłków dziennie i jeszcze rozwijać swoich pasji. Że nigdzie nie ma pracy dla specjalistów od Europy Wschodniej. Nawet tych krejzoli pasjonatów jak ja, którzy poświęcili na to pieć lat swojego życia, w przekonaniu, że ktoś gdzieś czeka na ich wiedzę i doświadczenie. Że pralka się zepsuła, trzeba znaleźć nowy pokój, pójść do lekarza, wydać kilkaset złotych na leczenie, że nici z twojego wysokowęglowodanowego obiadku, bo współlokatorzy narobili syfu i mają to gdzieś, a praca prędzej zniszczy ci zdrowie niż da ci namiastkę spełnienia.

    Huk z jakim spadłam wtedy na ziemię był efektem aspiracji budowanych we mnie przez całe życie. Nie tylko przez rodzinę i znajomych, ale też przez literaturę motywacyjną, vlogerów i ogólną kulturę sukcesu.

  13. gaja 12 stycznia, 2020

    Wyrastałam w czasach schyłku państwa opiekuńczego. nie było sielankowo. Większość moich kolegów pracowała już w trakcie studiów. Artystycznych. Materiały nie były tanie, a pomysły nakazywały realizacje z dużym rozmachem (materiały na mój dyplom, tworzony przez trzy lata, kosztowały wielokrotność mojej pensji, koszt najmu mieszkania przewyższał moją pensję, wiec nie dało się ograniczyć do pracy na jednym etacie). Spotykałam ciekawych ludzi co nie zawsze kończyło się wykorzystaniem stwarzanych w ten sposób możliwości. Wybory… Teraz mam trójkę dzieci. Jedno już samodzielne, dwójka dorastających. Nie mam wsparcia w rodzinie, dzieci mają tylko mnie. Mam cały czas świadomość,że przy ich inteligencji mogłyby osiągnąć wiele. Najstarszy syn nie dał rady ciągnąć studiów i pracy. Musiał zrezygnować z nauki. Jestem dumna z niego,że radzi sobie zupełnie samodzielnie, bez żadnej bazy. I mam żal do siebie, że nie mogę go wspierać. Sama startowałam od zera i po rozwodzie startuję po raz drugi. Ale nie chcę zazdrościć, czy spalać się, że nie sięgam niemożliwego. Umiem cieszyć się drobiazgami, co nie znaczy, że zagłuszam marzenia i ambicje. Czy taką postawę udało mi się przekazać dzieciom? To się okaże. Oby. Bo nie ważne jakim stanowiskiem możesz się pochwalić, ale jak szczęśliwa jest każda Twoja godzina.

  14. Filip 12 stycznia, 2020

    Myślę, że każda warstwa społeczna ma swoją ligę, swoich liderów i swoje hygge. Chłopaki z bloków słuchają Kalego, który nawija o legalnych pieniądzach i piekle kryminalnego życia. To on im mówi, że wszystko jest możliwe i to ” wszystko” jest dostosowane do ich potrzeb i możliwości poznawczych. Legalna praca, trochę pieniędzy i normalny związek. Czyli koniec końców więcej niż ma większość uprzywilejowanych. Mam wrażenie, że bardzo mocno wybija z tego tekstu poczucie winy. Według mnie lepiej kierować myśli w stronę empatii i pomocy drugiemu człowiekowi, niż podkopywania fundamentów sukcesu, którym jest jednak praca. Każdy pcha swój głaz, na swoją górę i tyle. Im wyżej wepchniemy tym ładniejszy widok. A że nie każdy wepchnie na samą górę to nic. Liczy się proces.

  15. mangov 12 stycznia, 2020

    Świetny tekst. Należałoby go pokazywać co jakiś czas ludziom, którzy żyją w swojej złotej bańce wygodnego życia. Takim, którzy są nieświadomi jak naprawdę wygląda rzeczywistość a jednocześnie rzucający ocenami na prawo i lewo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *