„Czy powinnam pójść na japonistykę?”

Początek nowego roku to jeden z tych momentów, kiedy zaczynam dostawać dużo wiadomości z pytaniami o rady, zwłaszcza o wybór kierunku studiów

„Czy powinnam iść na japonistykę?”, „Gdzie znaleźć po japonistyce pracę?”, „Czy powinnam wyjechać do Japonii na studia?”, „A może zamiast japonistyki lepiej zdobyć „konkretny” zawód?”, „Japonistyka czy sinologia?”, „Zdradzisz, jak dostałaś się na swoje studia?”… i tak dalej.

Nigdy nie wiem, co odpowiedzieć. Staram się nie ignorować wiadomości, które dostaję i napisać choćby kilka słów. Wiem, że po drugiej stronie czeka ktoś, kto potrzebuje pomocy… ale ja nie mogę jej dać. Dlaczego?

Krótka odpowiedź

Bo nie znam danej osoby. Nie wiem czy ma wsparcie swojej rodziny, czy jest gotowa na poświęcenie, jakim jest japonistyka, czy będzie w stanie się utrzymać na studiach, które nie dają zbytnio czasu na pracę i w ogóle cokolwiek innego, czy faktycznie się interesuje tym na tyle, żeby robić to przez naście godzin dziennie przez lata…

A poza tym – nie jestem psycholożką, pedagożką, nie mam żadnych kwalifikacji, żeby udzielać jakichkolwiek rad.

(Bardzo) długa odpowiedź, czyli tl;dr

To, że mi się udało robić coś związanego z Japonią, nie oznacza, że:

a) doszłam do tego tylko i wyłącznie swoją ciężką pracą

b) miałam wszystko od początku zaplanowane

c) wiedziałam (i wiem), co będę robić w przyszłości

Mój „sukces” (syndrom oszustki nadal nakazuje używać cudzysłowie) to wynik masy szczęścia, bycia w dobrym miejscu i w dobrym czasie… oraz, albo może przede wszystkim, uprzywilejowania.

Nie oznacza to, że nie pracowałam ciężko i że nadal tego nie robię. Ale od zawsze miałam dostęp do książek, do dobrej edukacji, miałam wsparcie moich rodziców – finansowe, moralne, emocjonalne – i mogłam sobie pozwolić na przykład na to, żeby spędzić studia na nauce, czytaniu książek i odkrywaniu siebie. Tak samo mogłam poświęcić dwa lata na pisanie książki, nie pracując w tym czasie na pełen etat. Albo wyjechać w półroczną podróż po skończeniu studiów, żeby potem pójść na Polską Szkołę Reportażu i spędzić rok głównie na czytaniu i pisaniu…

Tę ścieżkę – wiarę w to, że „chcieć, to móc” – wyznaczono dla mnie o wiele wiele wcześniej. To poczucie bezpieczeństwa, przekonanie, że „na książki zawsze warto wydawać pieniądze” (nigdy nie musiałam się martwić, że ich zabraknie!). Jako dziecko nie przejmowałam się niczym – nie zastanawiałam, skąd się biorą pieniądze, jak ogarniać dom. Miałam tylko jedno zadanie – dobrze się uczyć.

Wiecie, jaki to cholerny luksus?

Od małego czułam – wiedziałam całą sobą – że świat stoi przede mną otworem. Kiedy powiedziałam moim rodzicom, pół żartem pół serio, że może złożę papiery na Oksford, nie schowali głowy w dłoniach i nie zapłakali: „O Boże, ale za co?”. Tylko trzymali za mnie kciuki, przypominali o deadlinach i wysłali mnie na kilkutygodniowy kurs angielskiego do Anglii, żebym zobaczyła czy mi się tam w ogóle podoba i przy okazji podszlifowała język.

Kiedy wszyscy z mojej podstawówki szli do regionalnego gimnazjum, moi rodzice podwozili mnie do jednego z topowych gimnazjum w pobliskim wojewódzkim mieście. Gdy trzeba było wybrać liceum, wiedziałam, że celuję w to najlepsze, bo czemu miałabym iść gdzieś indziej. Nie zastanawiałam się nad tym, to wszystko wydawało mi się takie proste i oczywiste. Dziwili mnie raczej ludzie, którzy nie wierzyli w to, że mogą iść do najlepszego liceum w kraju (przez wiele lat było to jedno z liceów w Szczecinie). Kiedy ja rozmyślałam o wyjeździe do Anglii, dla ludzi wokół mnie wyzwaniem był już wyjazd do Warszawy.

I na tym właśnie polega uprzywilejowanie.

Sporo czasu zajęło mi uświadomienie sobie tego wszystkiego. Zrozumienie, że bardzo wiele rzeczy, które osiągnęłam, były możliwe tylko dlatego, że jestem osobą uprzywilejowaną. Kiedy zaczynam o tym rozmawiać, czuję konsternację. Bo tak bardzo chcemy wierzyć w ten mit ciężkiej pracy, która umożliwia wszystko, w tę historię „od pucybuta do milionera”. Różne badania pokazują jednak, że nasza wiara w merytokracje jest tylko… wiarą. Ale o tym innym razem.

Uprzywilejowanie to nie tylko pieniądze.

To poczucie bezpieczeństwa, kochająca rodzina, zdrowie, wolny czas. To umówienie się do prywatnego dentysty, kiedy boli cię ząb, podjechanie gdzieś taksówką, kiedy jest późno i nie chce się czekać na nocny autobus, to wejście do dobrej restauracji i bycie potraktowanym serio. To możliwość leniuchowania, podróże, wsparcie emocjonalne. Pójście na terapię, kiedy jest źle. To poczucie, że mogę zawsze zadzwonić do moich rodziców i że zawsze ten telefon odbiorą – choćby się walił świat.

Jakim prawem miałabym komukolwiek udzielać rad? Mówić: „jeśli mi wyszło, to czemu miałoby tobie nie wyjść?”, powtarzać, że „chcieć, to móc”, i „na pewno dasz sobie radę i wszystko się ułoży”…

Chciałabym, żeby osoby uprzywilejowane nauczyły się o tym uprzywilejowaniu mówić, żeby pogodziły się z tym, że nie są supermanami i superwomenkami tego świata. Że nie mamy wcale lepiej poukładane w głowie. Że nasz sukces nie jest tylko i wyłącznie wynikiem naszej ciężkiej pracy. Że jasne – ta ciężka praca jest ważna – ale niesamowicie pomaga w osiągnięciu sukcesu starowanie z wyższego poziomu.

Bycie osobą uprzywilejowaną nie oznacza też, że nie trzeba się niczym w życiu przejmować, że ma się nieskończoną górę pieniędzy i że wszystko w życiu przychodzi łatwo. To, że miałam relatywnie dobry punkt startu w życie, nie uchroniło mnie przed zaburzeniami odżywiania, załamaniem nerwowym, toksycznymi ludźmi, stresem, syndromem oszustki, poczuciem, że tak naprawdę to ja niczego nie potrafię. Nie oznacza to, że nie jestem dyskryminowana na innych polach – choć jestem świetnie wykształcona i mam poczucie bezpieczeństwa finansowego, doświadczam regularnie seksizmu czy szowinizmu. Przywilej ≠ poczucie szczęścia. Z wieloma rzeczami w życiu po prostu sobie nie radzę.

Ale uprzywilejowanie pozwoliło i pozwala mi na zrobienie sobie przerwy, kiedy czuję, że nie daję rady. Na pójście do specjalisty, kiedy sypie mi się zdrowie (fizyczne czy psychiczne). Na studiowanie tego, co mi w duszy grało. Na napisanie książki i myślenie o kolejnej (nawet jeśli na pisaniu książek się nie zarabia). Na założenie biznesu – włożenie w niego całych moich oszczędności, bo wiedziałam, że nawet jeśli to totalnie nie wyjdzie, to nie wyląduję na ulicy i że mój poziom życia nie ulegnie drastycznej zmianie.

Nie muszę harować po kilkanaście godzin dziennie, a jeśli tak robię, to tylko dlatego, że mogę pozwolić sobie na pracę, która jest jednocześnie moją pasją.

Japonistyka pomogła mi zdobyć wiedzę i realizować się w kierunku, który mnie kręci. Ale podejrzewam, że bez względu na to, gdzie i co bym studiowała, też byłoby mi o wiele łatwiej robić fajne rzeczy – nawet jeśli projekty, w które bym się angażowała, byłyby inne. Nadal nie musiałabym pracować na studiach, mogłabym dokształcać się – chodzić na kursy, dodatkowe wykłady, kupować książki, podróżować. A gdyby pośliznęła mi się w życiu noga, to zawsze mogłabym zapukać do drzwi mojego rodzinnego domu i powiedzieć, że potrzebuję pomocy.

Jakim prawem miałabym decydować za kogoś czy japonistyka jest dobrym wyborem i czy za 5-8 lat znajdzie po niej dobrą pracę?!

I tym samym dochodzę do najważniejszej myśli tego tekst: z uprzywilejowaniem przychodzi ogromna odpowiedzialność.

Mogłabym przecież napisać bloga o tym, jak rzucam całe swoje życie i wyjeżdżam w podróż dookoła świata. I pisać jeszcze poradnik o tym, jak sobie na to wszystko pozwolić, jak takie życie jest proste i możliwe dla każdego… a to wszystko byłoby totalną bzdurą, bo nikt nie wiedziałby, że mam wsparcie moich bliskich i że kiedy byłoby mi źle, to po prostu mogłabym kupić bilet, nie patrząc zbytnio na cenę, i wrócić. Wrócić do życia, w którym nie czekają na mnie żadne ogromne zobowiązania, chorzy bliscy, nad którymi muszę się opiekować, dzieci czy kredyt.

Mogłabym stworzyć taki piękny cykl – wydać ebooka? nakręcić filmiki? – i opowiadać o tym, jakie to prowadzenie swojego biznesu jest łatwe, no rzucajcie już tę pracę korpo, zakładajcie swoją księgarnię czy galerię czy sklep. To przecież takie fajne! Przyjemne! Proste! „Chcieć to móc”.

Tylko że ja – w przeciwieństwie do większości polskich przedsiębiorców i przedsiębiorczyń – w przypadku porażki miałabym naprawdę miękkie lądowanie.

Wkurzam się, kiedy widzę tę poradnikozę na polskich blogach – jak pracować mniej, jak być bardziej mindful, jak być zerowaste. Bo z taką łatwością mówić o tym mogą tylko osoby o ogromnym przywileju.

Nie, większość ludzi nie wstaje rano i nie zaczyna dnia od spokojnej jogi i kubka gorącej wody z cytryną, żeby pójść potem na długi spacer z psem i zasiąść przy kawie do lektury porannej prasy, po czym przygotować sobie leniwe śniadanie.

Jeśli Twoje życie tak wygląda – ekstra! Ale wmawianie innym, że codzienność każdej osoby powinna zbliżać się do takiego standardu i że jest to nie tyle wykonalne, co wręcz proste, jest co najmniej nadużyciem.

Podsumowując – nie ufajcie tym, którzy dają Wam rady. Nie słuchajcie celebrytek czy blogerek, które twierdzą, że możecie być tak jak oni/one, że doszły do tego tylko i wyłącznie swoją pracą (o wiele łatwiej jest się „realizować”, kiedy Twoimi dziećmi zajmują się opiekunki, dom sprząta ktoś inny, a posiłki przyjeżdżają już gotowe do domu). Jeśli ktoś twierdzi, że jest w pozycji, żeby udzielać ci rad, mimo że cię nie zna…

To po prostu kłamie.


Jeśli podoba Ci się to, co piszę, wesprzyj mnie. Więcej szczegółów tutaj. Z góry dzięki ♡

Comments 23

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *